Konkurs CTT - artykuły


Przedstawiamy artykuły biorące udział w  konkursie
Rozpoczynamy sezon z Carp Travel Team



Styczniowa zasiadka - Michał Kowalski

         Sezon zakończyłem dość późno, bo pod koniec listopada. Jednak niespełna miesiąc po odłożeniu wędek do szafy zapragnąłem ponownego dźwięku sygnalizatorów i widoku karpiówek, wśród otaczającej przyrody. Noworoczna prognoza pogody wywołała w mojej głowie plany styczniowej zasiadki, którą zaplanowałem od 6-go do 9-go. Szybka namowa mojego stałego towarzysza (ojca), wizyta w sklepie wędkarskim celem uzupełnienia deficytu w akcesoriach i pakujemy walizki. Przed południem rozłożyliśmy namiot i zabrałem sie do przygotowywania zastawów. Z uwagi na nietypowe warunki, taktyka którą zaplanowałem znacząco różniła się od stosowanej w zeszłym sezonie. 
   Z racji, że byłem jedynym wędkarzem na łowisku, każdy z trzech zestawów postanowiłem ulokować w innej części zbiornika. Pierwszą wędkę umieściłem na płytkiej wodzie , tuż przy krzewie pochylonym nad lustrem wody. Drugą natomiast na środku przepływu, który jest najgłębszym miejscem łowiska. O tej porze roku, przy ujemnych nocnych temperaturach również najcieplejszym. Na trzeci zestaw założyłem niezawodną SK30 (która pomogła mi wygrać jesienne zawody na tym zbiorniku) i kiełbaskę PVA z drobnym pelletem oraz pokruszonymi kulkami. Położyłem go na tzw. Vip-owskim sektorze znajdującym się na głębszej części drugiego brzegu.
    Pierwsze branie nastąpiło po 19h z płytkiego blatu pod krzakiem. Ciepły poranek ze sprzyjającym południowym wiatrem obdarzył mnie pierwszym w życiu styczniowym cyprinusem.
 (Dokładne poznanie dna i odpowiednia prezentacja przynęty musi wynagrodzić. Tym razem Blow Back Rig na długim przyponie z miękkiej plecionki)

    Pomimo ujemnej temperatury, nocną ciszę ponownie przerwał dźwięk centralki. Leżący niespełna 30h zestaw zaowocował kolejną sztuką udowadniając, że złowienie karpia zimową porą nie jest przypadkiem.


(Dwa ziarna gotowanej kukurydzy podniesionej pianką na łamańcu z D-rigiem przyniosły oczekiwany rezultat)


         Lód na wędkach, grzane piwko w namiocie - to jest to :) Poranna aura i widok zamarzniętego do połowy łowiska nie sprzyjała naszemu zadowoleniu. Po chwili przemyśleń zmieniam taktykę i przerzucam wszystkie zestawy w głębszą strefę. W trakcie oczekiwania na kolejne branie czas umilamy sobie kiełbaską z ogniska.
Wieczorem wzmógł się niepokojąco silny wiatr. Schowaliśmy się więc do namiotu w celu przeczekania wichury, a tam czekała nas dyskoteka poprzez nieustannie grającą centralkę. Miałem obawy co do brolly i cienkich wbitych śledzi, lecz żadna siła nie wygnała by mnie wtedy na zewnątrz.
Nie lada odwagą było wyjście gdy zamilkła centralka, ku moim obawą rod pod leżał wraz z wędkami w trawie. Podnosząc go i wyłączając bezsensownie grające sygnalizatory ujrzałem pusty plac na którym jeszcze godzinę temu stało brolly.
Pomimo pełnej przygód, prawie nieprzespanej nocy poranek przyniósł nadzieję. Na siatce 200m dalej ujrzeliśmy całe i nie podarte brolly.
Brak śladów lodu i ciepłe słoneczne promienie skusiły mnie by powrócić do taktyki obranej pierwszego dnia. Zwisający nad lustrem wody krzak znowu powitała kukurydza w towarzystwie punktowo podanej pelletowej zupki.
Nadszedł moment którego karpiarze nie lubią najbardziej, pakowanie sprzętu i zwijanie wędek. Podczas ściągania drugiego zestawu poczułem opór. Okazało się , iż zacięta jakiś czas temu ryba stała pokornie nie sygnalizując brania.


 
(A tak ,podczas zwijania zestawów. Ponownie kukurydza z zupką)

Czas trwania zasiadki zaplanowaliśmy idealnie, gdyż kolejne dni przyniosły ochłodzenie i ujemne ,również dzienne temperatury. Pora na schowanie sprzętu do szafy i wyczekiwanie na słoneczną wczesną wiosnę.


(To co w tej naszej chorobie jest najpiękniejsze, ten moment...
Bo pasją się żyje, a nie pożywia)

 Michał Kowalski



                                   Rozpoczęcie sezonu - Paweł Łuksik

Decyzja o wyjeździe na łowisko padła spontanicznie. Na krótki telefon od Dominika z pytaniem „jedziemy?”, padła naturalnie odpowiedź „jasne!”. Nie mogliśmy zaprzepaścić możliwości zasiadki w środku zimy, której mieliśmy możliwość spróbować dzięki dodatnim temperaturom. Wyjechaliśmy zgodnie z planem w sobotę o 6 rano. Dojechaliśmy na miejsce, zajęliśmy zarezerwowane wcześniej stanowisko. 


Zasiadka nie miała trwać dłużej niż 12 godzin, więc nie spodziewaliśmy się brań, zwłaszcza, że karpie już nie żerują tak intensywnie jak jesienią, co spowodowane jest niską temperaturą wody.  Ku naszemu zdziwieniu pierwsze branie nastąpiło już po pierwszej „wywózce”, kolejne po dwóch i trzech godzinach, na zestawie Dominika, niestety okazały się one puste, ale jednocześnie zmotywowały nas do tego aby zmienić coś na końcowych zestawach (skrócenie włosów, zmniejszenie przynęt i haków). Cisza na sygnalizatorach dała nam czas na wypicie piwa i rozpalenie ogniska.
Dochodziła godzina 13.30 kiedy od dyskusji przy ognisku oderwał nas sygnał brania, zacięcie i siedzi. Holując karpia usłyszałem, że odzywa się sygnalizator na drugiej wędce, w pierwszej chwili pomyślałem, że to holowany karp wszedł w żyłkę. Myliłem się, po wyholowaniu pierwszej ryby tego roku (w styczniu!), okazuje się, że druga już siedzi. Szok… na macie ląduje, najpierw 16,15kg, a zaraz po nim 8kg osobnik.



Uznajemy to za sukces dnia, nie spodziewając się co nas jeszcze czeka na tej krótkiej zasiadce. Sesja zdjęciowa, ważenie i karpie wracają szczęśliwe do wody. Mamy jeszcze kilka godzin, więc wywozimy zestawy.



Cisza nie trwa długo, już ok. 15.30 krótki energiczny wyjazd z kołowrotka, zacięcie jest! Opór na wędce wskazywał na coś większego. Po kilku minutach z pomocą Dominika w podbieraku ląduje piękny karp. Po ważeniu okazuje się, że to moja „życiówka”, 19,95kg.

O tej porze roku tak udana zasiadka to coś nadzwyczajnego. Każdemu życzymy takiego rozpoczęcia sezonu, który w naszym przypadku rozpoczął się już w styczniu. Podziękowania dla kolegi Dominika za wspaniały wyjazd, którego był pomysłodawcą oraz dla kolegi Janka, który zaopatrzył mnie w trafną przynętę.

Paweł Łuksik Wild Carp Łańcut






 Relacja z zasiadki - Meciej Lewandowski

 Rano wraz z tatą wybraliśmy się nad Odrę spróbować złowić jakiegoś opadowego sandacza.
Pogoda zapowiadała się piękna,więc postanowiłem wrzucić karpiówki do samochodu, w razie gdyby nad Odrą nie udało się niczego złapać.
Niestety do godziny 14 brak jakiego kolwiek brania.
Szybka decyzja-w drodze powrotnej zatrzymamy się na kilka godzin na pobliskich gliniankach.
Po przybyciu na miejsce zdziwił nas widok wędkarza który holował jakąś rybę.
Był to karp pełnołuski.Niestety nie udało się go zobaczyć na macie, a szkoda.
Pełen entuzjazmu rozłożyłem swoje karpiówki i posłałem je do wody.
Na obu zestawach były przypony blow'back.
Na włos poszedł pellet i kulka wanilia.
Niestety. Od dwóch godzin cisza.
Po rozmowie z wędkarzem, któremu spiął się karp postanowiłem przerzucić jeden z zestawów.
Na włos założyłem kulkę truskawkową.
Spotkała mnie pewna niespodzianka. W miejscu, w które chciałem posłać zestaw był łabędź.
Po kilku minutach zarzuciłem wędkę, odłożyłem na podpórki.
Spojrzałem na wędkę, która zaczęła przemieszczać się na sztycach.
Myślałem że łabędź zahaczył żyłkę.Ale nie po zacięciu poczułem "coś" na wędce.
Ryba wydawała się być ogromna. Po jakiś 10 minutach znalazła się w podbieraku.
Był to karp pełnołuski. Pierwsza moja "duża" ryba. Miał on 8,3 kg.Byłem bardzo szczęśliwy.
Jakieś dwie godziny później niestety moja zasiadka się zakończyła.
W drodze powrotnej już planowałem przechytrzyć kolejnego karpia z tej pięknej glinianki


Pozdrawiam i do zobaczenia nad wodą.
Maciej Lewandowski



 Sposób na Karpia - Kamil Skwara

 Sposób na karpia - łowisko Bartoszów - wczoraj został skończony dla mnie ostatnim meczem sezon piłkarski. Teraz do wypadów na ryby można dołożyć jeszcze wolną sobotę. Ale dnia 27 października w niedzielę planowałem pojechać nad Bartoszów spróbować połowić karpie. W sobotę pooglądałem pogodę: zapowiadali 21*C bez deszczu i lekki wiaterek. Więc pogoda - jak na koniec października - na ryby rewelacyjna. Już wcześniej miałem przygotowany sprzęt. W końcu może udałoby się poholować jakiegoś karpia na nowy kołowrotek?
Wędzisko - to co zawsze, do niego nowy kołowrotek Robinson Maxim, a na nim żyłka również z Robinsona - 0,225 mm - 7 kg. Do tego założyłem 40 gramowy koszyczek, który blokował się na małym krętliczku. Do drugiego końca krętlika zamontowałem przypon (oczywiście domowej roboty) o wytrzymałości 4,5 kg. Na początku przyponu przywiązany został haczyk w rozmiarze nr. 5. Zamierzałem zakładać na niego kukurydzę z puszki (konserwową).
Celem wyprawy było złowienie karpia, przetestowania jak zachowuje się nowy kołowrotek przy holu tej ryby oraz sprawdzenie czy karpiom nie przeszkadza sposób w jaki przygotowuję kukurydzę z kolby. Podczas ostatnich dwóch wypadów (Łowisko "U Waldka" i staw w Bartoszowie) na taką właśnie kukurydzę nic mi nie brało. Pomyślałem wtedy, że może jest ona źle przygotowana. Ale jednak nie to było problemem jak się okazało tego dnia. Na tą kukurydzę karpie brały tak samo dobrze jak na kukurydzę z puszki - do której do tego czasu miałem największe zaufanie.
Zanęta jaką nęciłem składała się z tego co zawsze, czyli: 1/3 zanęty to zanęta sklepowa z grubymi składnikami (pellet, kawałki kulek, różne ziarna), następna 1/3 to bułka tarta zmielona drobno i bułka tarta zmielona na większe "ziarna", a ostatnia 1/3 to kukurydza parzona i kukurydza z puszki i różne okruchy z kuchni (z ciastek, chleba itp.). I to wszystko dało mi dokładnie 2 kg zanęty. Wlałem do niej jeszcze aromat waniliowy oraz wsypałem aromat jabłkowy w proszku. Trochę dużo wyszło tej zanęty. Pewnie całej nie zużyję, ale jeżeli potem dobrze się ją wysuszy i przesieje przez sitko, a przed następnym wyjazdem nad wodę doda aromat, da się nią jeszcze skutecznie nęcić. A... i do zanęty dodałem jeszcze aromatyzowane wanilią siemię lniane.
Po przyjeździe na łowisko o godzinie 9:30 zastałem na nim pięciu wędkarzy. Wziąłem sprzęt i wyruszyłem na swoje stanowisko. A padło na "moją miejscówkę" czyli miejsce koło trzcin. W czasie marszu na miejscówkę rozmawiałem chwilę z wędkarzem, który łowił niedaleko niej. Dowiedziałem się, że dziś przy trzcinach na spławik jest słabo. Wczoraj - opowiada dalej Pan - było znacznie lepiej - "złowiłem trzy karpie i lina". Oczywiście musiałem zapytać o wielkość tych ryb. Odpowiedź była prosta: "Ledwo miały wymiar". Czyli możliwe, że karpie były z zarybień. Lin zresztą też. A ten Pan wędkował właśnie w tym miejscu, gdzie zawsze wpuszcza się ryby z zarybień. Pożegnałem się i życzyłem połamania - idę na swoje stanowisko.

Kładę wszystko na ziemi i rozglądam się. Dość mocno tu wieje. Będzie się rzucać z wiatrem, ale przez to sygnalizator może wariować. I jeszcze do tego trzeba wszystko przymocować do ziemi, żeby nie poleciało gdzieś tam w świat. Rozrabiam zanętę wodą, dolewam trochę aromatu i "wody" z kukurydzy z puszki. Dodaję również siemię lniane, kukurydze parzoną i trochę tej z puszki. Rozkładam wędkę. Wbijam podpórki. Bardzo mocno wieje, więc wysokość podpórek ustawiam tak, by żyłka jak najszybciej wchodziła do wody. Czyli podpórkę z sygnalizatorem brań ustawiam około 20 cm nad ziemią, a tą z tyłu na około 1 metr wysokości. Zakładam na haczyk magiczną ilość kukurydzy, która skutkuje zawsze w "mojej miejscówce", napełniam koszyczek i rzucam. Zestaw leci bardzo daleko. Ląduje prawie na środku zbiornika. Teraz ustawiam sygnalizator, włączam wolny bieg i idę porozmawiać z wędkarzami obok. Nikt z nich dziś jeszcze nic nie złowił. A jeden z nich łowił również w tym roku na żwirowni w Trzcianie - i to dość często - jak mówił. Ale jak zapytałem o efekty to, odpowiedział z uśmiechem na twarzy: "Słabo. Jeden karp". Czyli widać, że w tym roku większość nie ma szczęścia do tego łowiska. Pożegnałem się i poszedłem rozłożyć stanowisko. Stanowisko zawsze rozkładam tak, żeby mieć szybki i łatwy dostęp do najbardziej potrzebnych rzeczy. Czyli rozkładam podbierak, moczę go w wodzie, a następnie kładę na podpórkę w odległości około 2 metrów od wędki. Następnym elementem stanowiska jest krzesło - dziś był z tym problem - zawsze rozkładam je zaraz obok wędki. Tak też zrobiłem dziś, ale po zejściu z niego nie można go było zostawić w pozycji rozłożonej, ponieważ wiatr wepchnąłby je do wody. A oczywiście zapomniałem wziąć śledzi, żeby wbić je w krzesło (w specjalnie przeznaczone do tego otwory w nóżkach). Dzięki nim krzesło trzyma się ziemi nawet podczas najsilniejszych podmuchów wiatru. Tego dnia po zejściu z krzesła musiałem je składać i kłaść na ziemi, a u wędkarzy obok, skrytych za drzewami nie wiało w ogóle! No ale cóż, może coś za coś - może to lepiej dla mojego zestawu, może za niedługo zacznie walczyć jakiś karp? Resztę sprzętu zostawiam za sobą. Wodę i jedzenie kładę koło krzesła - mam je zawsze w małym plecaku. Wszystko poukładane, wędka zarzucona. Pozostaje teraz tylko siąść i czekać. Około godziny 10:45 wolny bieg zaczął pracować. Zacinam i czuję opór. Pierwsze "puknięcia" ryby. Hamulec w kołowrotku dobrze działa. Trochę podholowałem ją do siebie, a potem ryba zaczęła płynąć do brzegu. Po pewnym czasie nie mogłem jej oderwać od dna. Musiała pod coś wpłynąć. Wiedziała, gdzie się ukryć. Jeden z wędkarzy podszedł do mnie. Proponował otworzyć kabłąk i pozwolić rybie wypłynąć - ale już to robiłem. No nic, trzeba zerwać przypon. Na szczęście hak jest bezzadziorowy, więc ryba powinna się sama z niego uwolnić. Po walce ryby sądzę, że był to karp. W czasie holu były charakterystyczne dla tej ryby "puknięcia". Jednak sądzę, że nie był on zbyt duży. Trochę szkoda było mi go, że się zerwał i pływa z haczykiem, ale ryba potrafi sobie z tym poradzić - a zresztą hak bez zadzioru powinien sam wypaść.

Zakładam na hak znowu kukurydzę konserwową w magicznej ilości i rzucam w to samo miejsce co przedtem. Długo nic się nie dzieje. Wiatr zaczyna wiać coraz mocniej. W końcu musiałem iść za potrzebą. Odchodzę od wędki na około 20 metrów i jeszcze dobrze nie zacząłem.... wiadomo co, a tu słyszę dźwięk wolnego biegu. Gdy podbiegam nic się już nie dzieje, ale karp wyciągnął dość dużo żyłki, więc zacinam. Ryba dość dzielnie walczy. Powoli podciągam ją do brzegu. Ryba również próbuje uciekać w zaczep na którym straciłem poprzednią rybę. Już nie popełnię tego błędu - pomyślałem i podkręciłem lekko hamulec. Na brzegu ląduje karp. Wyciągnąłem rybę z wody, położyłem na macie, wyjąłem haczyk i chciałem zrobić zdjęcie, ale ten karp tego nie chciał. Widocznie nie chciał, żeby jego zdjęcie trafiło do tego wpisu. Karp został złowiony o 12:00 i mierzył 32 cm. Nie był duży ale sprawił radość i wrócił do wody. Pomachał płetwą na pożegnanie. A ja idę założyć kukurydzę z puszki, nałożyć rybą zanęty do koszyka i... długo nie czekałem, bo już o 12:25 na brzegu wylądował ładnie ubarwiony karp o długości 34 cm. Ryba miała piękną łuskę od skrzeli po płetwę ogonową. I tu się przyznam - nigdy jeszcze takiego karpia nie złowiłem. Niektórzy pomyślą sobie co to jest złapać takiego karpia... ale dla mnie był on po prostu piękny. Szybko wypinam haczyk. Ten karp już daje sobie spokojnie zrobić zdjęcie. Szybko fotka i do wody. Popłyną rosnąć dalej! Jak na razie brania tych karpi były bardzo delikatne - szczerze nie spodziewałem się, że będą to karpie. Sygnalizator bardzo wolno unosił się i również wolno ryby wyjeżdżały na wolnym biegu. Tym razem na haczyk trafia parzona kukurydza, którą wyciągnąłem z zanęty. Jeżeli brania są tak dobre to sprawdzimy czy dla ryb nie będzie różnicy, gdy zmienimy rodzaj kukurydzy. Teraz wiatr zniósł mój zestaw trochę bardziej w lewo. Kilka metrów od mojej nęconej tego dnia miejscówki.

A w tym czasie jeden z Panów obok wyciągnął lina, który po zmierzeniu miał 27 cm - pewnie ryba z zarybień. Godzina 12:25 i... branie! Tutaj sygnalizator i wolny bieg zapracowały szybciej niż zwykle. Zacinam i hamulec wariuje! Oddaje żyłkę. W końcu ryba hamuje i... czuję luz. Widocznie źle się zacięła, ponieważ nie popełniłem żadnego błędu. Wyglądało to tak, że zaciąłem, a następnie ryba wybierała sobie żyłkę z kołowrotka. I w końcu mnie opuściła. Nie chciała zdjęcia i nie chciała poczuć jak to jest być wypuszczonym z powrotem do wody. Ale tutaj było chyba coś większego, chociaż te niektóre małe karpie, też miały tyle siły, że wyciągały żyłkę z kołowrotka. No nic. Zakłada znowu tą samą kukurydzę i zarzucam. Teraz zestaw poleciał z moje nęcone miejsce. I o 13:35 kolejne branie na parzoną kukurydzę. Oczywiście na X sztuk (moja tajemnica). Ryba dzielnie walczy. Co jakiś czas następują odjazdy. Przy brzegu, gdy na powierzchni ukazał mi się karp, ryba oszalała. Zaczęła bić do dna, wypływać do góry! A gdy naprowadziłem ją nad podbierak i poluzowałem trochę hamulec ostatni raz odjechała. Ale jednym ruchem kijem naprowadzam karpia nad podbierak i ląduję go na macie. Ryba również ma 34 cm! Dwie ryby równej długości. To są na pewno karpie z zarybienia. Do 28 października można było wynieść jednego karpia. Miałem zadanie wziąć jednego karpia na święta, ale jeszcze nie miały wymiaru - ryba trafia do wody. Może i lepiej, że biorą same niewymiarowe sztuki - nie będę musiał brać ich do domu! Ale mogłyby zacząć brać większe... Postanowiłem zmienić przypon na włosowy i założyć pop-up"a 12mm. Niestety z kulkami na tym łowisku nie mam zbyt miłych doświadczeń.


Kiedyś zrobiliśmy z kuzynem test. Kuzyn nęcił tą samą zanętą co ja. I do tego w takich samych ilościach. Łowiliśmy dosłownie 5 metrów od siebie. No może on trochę dalej rzucał. Kuzyn na swoją kukurydzę umieszczoną na włosie złowił 12 karpi, a ja na kulki nie miałem nawet brania! A cały czas kombinowałem, zmieniałem rodzaje itp. Gdy zmieniłem na kukurydzę po 5 minutach od zarzucenia - branie. Dodam jeszcze, że łowiliśmy wtedy w drugi dzień po zarybieniu. I tego dnia było tak samo, nic nie chciało nawet skubnąć mojej kulki, która unosiła się zaraz nad dnem. W końcu wyciągnąłem z wody zestaw i założyłem na włos kukurydzę z puszki i kukurydzę parzoną. Taką mieszankę. I o 15:15 kilka minut po zarzuceniu w to samo miejsce, w którym była kulka następuje branie. Wolny bieg zaczął oddawać żyłkę, więc zaciąłem. Ryba walczy dzielnie, aż tu nagle luz. Zrobiłem kilka kółek korbką kołowrotka i znów czuję opór! To jak to? Przecież używam haka bez zadzioru, więc przy luzie powinien wypaść rybie z pyszczka. No ale ryba walczy dalej na drugim końcu zestawu. To jak jesteś to muszę cię wyciągnąć - pomyślałem. Ryba szybko się zmęczyła. Na brzegu wylądował mały karp. Znowu mierzył 34 cm! Wypuściłem go. O godzinie 16, albo kilka minut po niej, przyjechała po mnie mama i zacząłem się zbierać.
Podsumowując:
po zmianie kierunku fali brania jakby ustawały. Najkorzystniejsza dla mnie fala to fala w kierunku północno-wschodnim. Wtedy brania były bardzo dobre.
Dziś łowiłem głównie małe karpie. Najprawdopodobniej były to ryby z zarybień. Najmniejszy karp miał 32 cm, a reszta czyli trzy pozostałe karpie równo po 34 cm.
Nie ma złej pogody na ryby. I to się potwierdziło! Temperatura wynosiła około 17*C. Było pochmurnie, czasami za chmur wyjrzało słońce. Wiatr wiał bardzo silno, z południowego zachodu.
Łowiłem głównie na kukurydzę z puszki i na parzoną kukurydzę. Próbowałem łowić na pop-up"y ale nie przyniosło to żadnej ryby. Na kukurydzę z puszki złowiłem 2 karpie (+ jeden zerwany na zaczepie), a na kukurydzę parzoną 1 karpia (+ jeden zerwany). Na mieszankę kuku z puszki i parzonej podanej na włosie złowiłem jednego karpia.
Test parzonej kukurydzy wyszedł pozytywnie. Będę teraz częściej używał jej zarówno w zanęcie jak i na haczyku czy na włosie. 

Pozdrawiam Kamil



Czym jest dla mnie wędkarstwo - Krystian Luźniak

Wędkarstwo dla mnie to coś więcej niż siedzenie z kijem nad wodą w wolnych chwilach lub zabicie wolnego czasu.
Dla mnie wędkarstwo to hobby i zamiłowanie.. Które od ponad trzech lat tak mnie pochłonęło że w każdej wolnej chwili i nie tylko mógłbym jeździć na rybki...
Na początku wciągną mnie w to mój Tata i łowiłem wtedy klasycznie czyli za pomocą miękkiej teleskopowej wędki metodą spławikową na kukurydzę i czerwonego lub białego robaka.. Lecz z czasem zaczęło mnie interesować wędkarstwo karpiowe i rok po tym jak wyrobiłem kartę wędkarską zacząłem powoli wędkować metodą gruntową....
Wymagało to drobnych zmian w sprzęcie ponieważ koniecznie należało zaopatrzyć się nieco cięższy sprzęt *wędziska karpiowe
*kołowrotki z wolnym biegiem i dużą szpulą na którą nawinięta została żyłka o grubości 0,30-0,35
*elektroniczne sygnalizatory brań
a także zaopatrzenie się w nieco inne przynęty typu:
*pelet
*kulki proteinowe
*różnego rodzaju kulki pływające
Gdy zaczął się sezon wędkarski zacząłem nęcić miejsce na danym łowisku w którym zamierzałem łowić.
Na samym początku efekty w postaci złowionych ryb nie były zbyt satysfakcjonujące lecz z czasem w miejscu nęconym różnymi rodzajami peletu kulek proteinowych i kukurydzą zaczęły gromadzić się grupy ryb...
Początkowo wyciągane rybki ważyło ok 1-2kg były to mniejsze karpiki oraz ładne amury.... Z biegiem czasu gdy miejsce to było wciąż nęcone ryby które zaczęły żerować w tym miejscu i które skusiły się na moją przynętę były coraz większe ważące ok 5-7kg.
Złowienie takiej ryby to istny sukces jak dla mnie a walka z taką rybą i hol jej to przepiękna chwila...
Ale wędkarstwo to nie tylko same sukcesy i radosne chwile....
Wędkarstwo wymaga poświęcenia wiele czasu oraz uczy nas cierpliwości i spokoju w ekstremalnych chwilach a także daje nam posmakować gorzkiej porażki mówię tutaj o min przegranej walce z rybą gdy ta się nam wypnie podczas holu lub zestaw ulegnie zerwaniu..
Złowione rybki dostarczają nam wiele radości i wspomnień upamiętnionych w postaci zdjęć ale każdą taką rybkę powinniśmy wpuścić z powrotem podkreślam KAŻDĄ.....Wędkowania uczymy się cały czas poznając nowe sposoby na złowienie rybki ale uczymy się tego nie tylko wtedy kiedy je łapiemy.... Kiedy nie uda nam się nic złapać także nauczymy się wtedy wiele choćby w ten sposób że wiemy na jakie przynęty ryby w łowisku uwielbiają a za jakimi nie przepadają.
Krystian Luźniak



Moja pasja - Jacek Bartos


 Witam. Chciałbym napisać o mojej pasji i czym naprawdę dla mnie jest wędkarstwo karpiowe. Wędkarstwo karpiowe jest częścią mojego życia, drugą po rodzinie. Karpiarstwo jest dla mnie chorobą, na którą choruję już od kilku lat a można nawet powiedzieć, że od czasu, kiedy pierwszy raz znalazłem się z przyjacielem nad wodą, który mi pokazał wszystkie tajniki swojej pasji i od tamtej chwili jakby coś we mnie strzeliło i pomyślałem sobie, że to najpiękniejsza rzecz na świecie.
Po wydaniu majątku i skompletowaniu sprzętu, oraz po mojej pierwszej zasiadce złapałem bakcyla, w głowie mi zaszumiało, oczy zaiskrzyły i wiedziałem już, co będę robił do końca moich dni póki sił i zdrowia mi wystarczy. Ten bakcyl ciągnie mnie nad wodę w każdy weekend. Jak mam chwilę wolnego czasu to myślę o spędzeniu kilku godzin nad wodą z wędką w ręku, a jak mam kilka złotych to ciągnie mnie do wędkarskiego.ehh ( I to jest ten jedyny minus tego całego karpiowania, patrząc na nowy sprzęt, na te wszystkie nowości świecidełka, kulki, wąchając zapachy to portfel się sam człowiekowi otwiera...kiedyś zbankrutuję:).
Karpiowanie jest dla mnie pasją. Jest to moje hobby, które często prowadzi mnie do uśmiechu na twarzy a czasami doprowadza do szału! Jest ono dla mnie przygodą, którą nie doświadczyłbym siedząc w domu przed komputerem czy też telewizorem. Na nocnych zasiadkach przy ognisku mogę się skupić i trochę porozmyślać przy głosie puszczyka i dźwięku strzelającego w ogniu drewna, a za dnia posłuchać odgłosów natury.. śpiewu ptaków, granie cykad, szumu wody oraz wiatru. Podziwiać gonitwy rybitw czy też motyli, wyskoki ryb itp.

To wszystko sprawia, że odpływam a serce się raduje, że aż po prostu chce się żyć.
Karpiowane wiele mnie nauczyło. Nauczyło pokory, już nie dążę do łapania okazów by tylko mieć się, czym pochwalić znajomym czy też umieszczać swoje zdjęcia w internecie, aby chodzić potem dumny niczym paw. Powiedziałem sobie: STOP,! Nie tędy droga. Mój umysł mi podpowiedział: ciesz się każdą chwilą spędzoną nad wodą, każdym złowionym karpiem i nie ważne czy ma on 2kg czy 20, najważniejsze, że jest. Że masz ten upragniony cel swojej zasiadki, cel, który wysiedziałeś i na który zapracowałeś ciężką pracą i poświęceniem.

Trzymam się tych zasad do dziś, już nie gonie za okazami i zdjęciami z nimi. Cieszę się dosłownie każdą złowioną rybą, a jeżeli jest ona nawet duża to nie wstawiam zdjęć na widok publiczny, bo wolę pozostać w cieniu i siedzieć cichutko jak mysz pod miotłą. Nie zniósłbym uwag dotyczących mojego karpia, że ma mniej niż na zdjęciu, że złowiłem na komercji czy też ktoś inny złowił a ja tylko z nim pozuje. To nie na moje nerwy niestety. Dlatego postanowiłem już od pewnego czasu pozostać w ukryciu i nie gonić za sensacją, rozgłosem i sławą, (bo dla mnie jest to chore).
Wolę delektować się tym, co kocham samemu i nie patrzeć na innych. Bo zazdrość i fałsz zawsze prowadzi do zguby............

nad.Jacek Bartos




3 komentarze:

  1. Wszystkie artykuły są mega ! Gratuluje zwycięzcy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję :) Jest motywacja do pisania kolejnych artykułów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam, każdy nadesłany artykuł opublikujemy na łamach strony CTT

      Usuń

KOMENTARZE:
Aby dodać komentarz - wpisz komentarz i wciśnij OPUBLIKUJ
ZAPRASZAMY DO KOMENTOWANIA I SUBSKRYPCJI !