Zasiadka na "dziką wodą"


Ponieważ bardzo lubię łapać w niewielkich, dzikich, śródleśnych zbiornikach, na czerwcową zasiadką postanowiłem wybrać jedno z odrzańskich starorzeczy, jakich wzdłuż odry jest sporo.
Jedne większe, drugie całkiem małe, ale mające wspólną cechę, są zazwyczaj trudno dostępne, pochowane gdzieś w odrzańskich łęgach, to wody bardzo trudne technicznie, ale dzikość przyrody w tych odludnych miejscach jest powalająca i rekompensuje częste niepowodzenia.

Przed samą zasiadką, jak zawsze, zrobiłem krótki rekonesans, trochę obserwacji, obejście zbiornika, wybrałem sobie, moim zdaniem optymalne miejscówki i po kilku dniach z całym karpiowym majdanem byłem nad wodą.
Nie miałem pojęcia jaka populacja karpia występuje w tej wodzie, ale zdecydowałem się poświęcić trochę czasu aby to sprawdzić.
Ogromną satysfakcję przynosi mi poznawanie nowego łowiska, więc pierwsze co, po przyjeździe rozkładam ponton i na wodę, z brzegu wybrałem sobie dwa ciekawe miejsca, jedno pod zwalonym zatopionym drzewem oddalone o ok 40 metrów od stanowiska a drugie pod drugim brzegiem gdzie dostrzegłem grążele.

Dokładnie opłynąłem wybrane miejsca, ze stukadełkiem w ręku, dno okazało się dość twarde, głębokość pod zwalonym drzewem, szybko schodziła do 3 metrów i dalej była już „pustynia” czyli płaskie niczym się nie różniące dno, zestawy więc musiałem kłaść jak najbliżej tego zwalonego drzewa, dość ryzykowne miejsce ponieważ po drodze były jeszcze jakieś konary w wodzie.
Drugie miejsce zaraz za pasem grążeli to ok 1,50 metra wody i gdzieniegdzie kępy roślinności podwodnej – idealne miejsce. 


W pierwszym miejscu obok drzewa, nęciłem raczej punktowo, robiąc jeszcze dodatkową ścieżkę z pokruszonych kulek i peletu w głąb wystających gałęzi tego zwalonego drzewa, zamysł był taki by niejako wyprowadzić karpie z tej największej gęstwiny podwodnych zawad, zestaw powędrował do wody, na włos założyłem bałwanka. 


W drugim miejscu pod grążelami zanętę w postaci pokruszonych kulek, peletu i kukurydzy rozproszyłem na większej przestrzeni, na zestaw poszedł woreczek PVA wypełniony peletem zalanym liquidem a na włos neutralna kuleczka squida.
Przez pierwsza dobę nie usłyszałem pisku sygnalizatorów, moją ciszę zakłócały jedynie brzęczące komary których w odrzańskich lasach jest mnóstwo i jakaś zwierzyna podchodząca od strony lasu, której hałas powodował małe zwątpienie! 



Mijała kolejna doba, czas upływał na analizie: Czy dobre użyłem zestawy? Czy dobre wybrałem miejsca? Czy w ogóle są tu jakieś karpie?!
Godziny upływały dość szybko i w końcu mój sygnalizator pięknie zagrał! Odjazd był błyskawiczny, po niedługim holu na macie wylądował mój pierwszy karp z tej wody! Był okrągły jak piłka, nieduży ale piękny, sprawił ogromna radość, to był ciężko „wypracowany” karp, branie nastąpiło z pierwszego miejsca,  na skraju  grążeli. 


Wtedy już wiedziałem że kolejny odjazd będzie kwestią czasu. I nie myliłem się, tego wieczoru z tego samego miejsca podebrałem jeszcze 3 karpie i dwa 55 cm leszcze. Na moim drugim miejscu obok drzewa było tylko jedno branie przez całą zasiadkę, za to walka była najtrudniejsza, hol nie należał do najprostszych ale udało mi się wymanewrować karpia z tych podwodnych zawad,  nie mogłem dopuścić by wplątał się w korzenie, i udało się. Karp z pod zatopionego drzewa okazał się największy, połakomił się na bałwanka.

Satysfakcja ze złowienia karpi w dzikim nieznanym łowisku , jest naprawdę ogromna, wszystkie w doskonałej kondycji powróciły do wody, myśle że, jeszcze się z nimi spotkam...

autor: Przemek Pająk





3 komentarze:

  1. Pozazdrościć takich dzikich starorzeczy, u Nas nawet rzeka nie płynie, ciekawy opis, na jakie smaczki karpiki się skusiły??:)

    OdpowiedzUsuń

KOMENTARZE:
Aby dodać komentarz - wpisz komentarz i wciśnij OPUBLIKUJ
ZAPRASZAMY DO KOMENTOWANIA I SUBSKRYPCJI !